
Lubię przedświąteczne dni w pracy. Jest puściej, spokojniej. Bez czcigodnych koleżanek i ich telefonów od córek, matek i innych znajomych wreszcie mogę się skupić na pracy. Robiąc poranną kawę na parapecie, zerkam na śnieżną zajezdnię. Na pręgowanego kota przybłędę, który chętnie przechadza się po halach naprawczych i chowa pod zaparkowanymi autami motorniczych. Na kolegów biegnących do radiowozów, by jechać na interwencję. Na pracowników warsztatu, przestawiających wagony i chłopaków moich gromadzących się koło wejścia do swojej kanciapy. Niezależnie od trudnej sytuacji, w jakiej to wszystko się znalazło, jest to wspaniale uzależniające :) Najlepszego!
2011-12-23 :: skomentuj (2)Są w Poznaniu takie okresy, kiedy centrum opanowują zombie w garniturach, słaniający się na nogach. Wodzą po okolicy wzrokiem spod półprzymkniętych powiek, obierając azymut "najkrótsza droga do kwatery". Niestraszne im okurzone ściany budynków i skrzynki energetyczne - przytulą się do wszystkiego, żeby złapać pion. Całe to zjawisko można ująć jednym słowem: targi.
Wcześniej myślałam, że to przypadek, ale od czasu pobytu w Kielcach, kiedy po oficjalnych dniach wystawienniczych, przyszły te mniej oficjalne, czułam się jak w wielkiej ekskluzywnej żulerni. Państwo dyżurowali przy stoliczkach, bratając się z interesantami za pomocą alkoholu, spoczywającego gdzieś na posterunku przy nodze stołu. Zarumienieni panowie byli bardziej rubaszni niż zwykle i odczuwali nietypową chęć do obejmowania się z innymi. I w tym wszystkim krążący jak sępy żenujący panowie ze związków zawodowych, śmigający z reklamówką z biedronki do której zbierali wszystkie gadżety, jakiekolwiek darmówki, cokolwiek co dało się zabrać. I latający za prezesem, licząc że przy flaszce uda się obgadać podwyżki dla związkowej braci...
I choć może to taka niepisana zasada "dorosłego świata", ale dla mnie to wieś. Regularna wieś z zakręconym ogonkiem.
Nigdy nie sądziłam, że będę świadkiem sytuacji, że tata po powrocie z działki, pierwsze co robi to uruchamia kompa, odpala youtube'a i załącza "Rehab" Amy :)
Odkrywam w sobie fascynację wysokością. I widokami, która upijają wzrok. I wiatrem we włosach, zatykającym usta. I ptakami, które latają poniżej stóp, zamiast ponad głową. I spokojem, który tam panuje. Możliwością leniwego obserwowania życia miasta, bez konieczności obcowania "face to face" z jego mieszkańcami. Uwielbiam! i mam w planach zdobycie kolejnych punktów w okolicy :)
2011-06-23 :: skomentuj (2)Dokładnie 10 lat temu utworzyłam tu pierwszy wpis. Czytając wyrywkowo poszczególne notki, obserwuję jak zmieniałam się przez te lata. Inny światopogląd, inne podejście do ludzi i napotykających mnie sytuacji. Nabrałam chyba więcej dystansu, spokoju i pokory.
Tak więc wystawiam wirtualny tort, intonując 'sto lat' i zastanawiam się jak to będzie za kolejne 10 lat :)
Staję przy ladzie, na której leży oprawiona w koszulkę do segregatora kartka z napisem "Dzwonić dzwonkiem!" a obok mały dzwoneczek w kolorze starego złota, na rzemyku - żeby nikt nie ukradł. Dzwonię, niezbyt natarczywie, żeby nie wyjść na nieuprzejmą. Słyszę krzątanie w sąsiednim pomieszczeniu, człapanie - wszystko to przerywane długimi minutami ciszy. Zamiatająca obok pani proponuje, żebym zadzwoniła jeszcze raz. Macham tym dzwonkiem zdecydowanie, żeby zadzwonił głośniej. Do lady zliża się szuranie ortopedycznych laczków: "Słucham!". Przyszłam odebrać wyniki badań. "Czego". Usg klatki piersiowej - palnęłam, zapatrzywszy się na wielki napis USG za plecami owej pani. Po raz pierwszy na mnie spojrzała, posyłając mi wzrokiem lewy prosty. "RENT-GEN!" - wysylabizowała z uprzejmą pogardą. No tak, zaśmiałam się niezrażona. Odpowiedziała mi głucha cisza, a potem zaszeleściły wyniki badań zapakowane w szarą kopertę i położone śpiesznie na ladę - "Proszszz". Dziękuję, puściłam porozumiewawczy uśmiech. Do widzenia! Odpowiedzi już nie usłyszałam, bo podłoga w korytarzu skrzypiała niemiłosiernie, odbijając się echem od pomalowanych emalią ścian i zawieszonego jakies 6 m nad moją głową sufitu.
Fenomen! Chodząca skamieniałość. Relikt przeszłości. Na samą myśl o pani zza lady, mam uśmiech na twarzy. Bo w tej swojej gburowatości jest tak cudownie szczera. Pani, która nie ukrywa, że jestem w jej obejściu intruzem. Która nie śmieje się z mojego zagapienia, bo jestem zapewne kolejną głupiutką, która nie wiadomo jak radzi sobie w życiu codziennym. I zastanawiam się jak to będzie kiedy takie osoby znikną. Kiedy za ladą będzie milutka dziewuszka, przeszkolona na kursach obsługi klienta, żeby być słodko uprzejmą i tłumaczyć do upadłego, nawet kiedy ktoś przejawia cechy skrajnego tępaka. I nie będę wiedziała czy jest szczerze sympatyczna czy tylko tak jej kazano. Nie twierdzę, że wolę w zamian szczerą do bólu pogardę. Ale postawa pani zza lady jakoś mnie ujęła. Że jest tak sama w sobie zacietrzewiona, że no nie idzie posłać tego uśmiechu w kierunku pacjenta. No ni chu chu! Urocze :)
Jedno jest w tej całej szczerości pewne, na odchodnym pani z pewnością nie bedzie mi życzyć połamania nóg. Bo a nuż bym do niej wróciła na prześwietlenie, przeszkadzać w jej świętym spokoju :)
Mam w pracy dwudzieściakilka skarbów, z którymi każdy dzień jest pogodniejszy, a kawa - nawet jeśli zniwnawidzona sypana - smakuje wyśmienicie. Którzy opowiedzą świński żart, ale potem będą gremialnie oceniać kamizelkę, którą przyniosę do przeróbki. Którzy raz będą marudzić i wydziwiać, by potem pomóc naprawić łańcuszek albo wręczyć pięknego kwiatka :) Uwielbiam wszystkich bez wyjątku, śmiejąc się nawet teraz sama do siebie, że jutro zobaczę ich znowu. Moje kochane chłopaki!
Edit 2011-05-03: Pożegnaliśmy wczoraj Edka. W trakcie opuszczania trumny, chłopacy załączyli sygnały we wszystkich wozach. Te same, które załączał Eda jadąc do wypadku. Jego żona, która do tej pory jakoś się trzymała, schowała twarz w dłoniach. Ksiądz także się wzruszył. To było piękne i honorowe pożegnanie. Dobrze było tam być.
Pisałam kiedyś, że miałam swoją akcję na głównej na demotach i że mogę już umierać. Oh jak bardzo się myliłam, bo jak się okazuje, to jeszcze nie było wszystko. Wczoraj Honorata pokazała mi, że kolejna z moich publikacji, a konkretniej - moja riposta w tytule artykułu, znalazła się tym razem na mistrzach.org. Jeszcze tylko 'student potrafi' i będzie komplet. Choć i taką studencką historię już mieliśmy. Dla dobra bohaterów nie upubliczniłam jednak tej zabawnej historyjki ;)
Ale właściwie chciałam o innej rzeczy... Postanowiłam na bieżąco publikować informacje z życia firmy, bez mrugnięcia okiem pokazując wszystko. I jestem zachwycona, że ta konsekwencja owocuje wsparciem mediów. Kaśka z Głosu (czy jak kto woli The Times;)) pisze, że moje artykuły to kopalnia tematów, Romek z Eski wypytuje 'co jeszcze, co jeszcze?', Asia z Gazety sieka na tej podstawie artykuł za artykułem, a WTK wpada raz po raz, nawiązać a to do jednego, a to do drugiego tekstu. I tak oto w końcu wypłynął temat lustra na Starołęckiej, podnoszony przez naszych chłopaków już chyba na wszystkich możliwych komisjach, który jak dotąd nie doczekał się realizacji. Mam nadzieję, że w czwartej władzy znajdę sprzymierzeńca który naciśnie te instytucje, na które mi naciskać zabroniono, a które tematu nie uważały za szczególnie ważny ;) Być może słusznie, bo możliwe że obiektywnie w mieście są do zrobienia ważniejsze rzeczy. Ale z mojego subiektywnego z pewnością spojrzenia, to jedno głupie lustro być może uratuje - jeśli nie ludzkie życie i zdrowie - to chociaż pasażerów Starołęki i Rataj przed ponad godzinnymi wstrzymaniami ruchu :)
Cieszę się też, że moja ostatnia kampania społeczna została zauważona przez redaktor naczelną jednego z najpoczytniejszych branżowych pism. Zadzwoniła, zaproponowała napisanie artykułu i wierszówkę. Mam nadzieję, że przygoda z tym pismem nie będzie jednorazowa, a potrwa znacznie dłużej :)